Test

MINI Cooper SD

Jestem w kropce

Na dystansie:
750 km

Większość aut można szybko zaszufladkować – jedne urzekają już po pierwszych kilometrach, inne potrafią doprowadzić do szału, jednak każde ma w sobie to coś, dzięki czemu możemy wrzucić je do worka z emocjami „pozytywnymi” lub „negatywnymi”. No, prawie każde, bo na rynku od pewnego czasu dostępny jest samochód, który sprawił mi nie lada problem.

W tym miejscu pomyślicie pewnie o Dacii, Fiacie, Fordzie, Volkswagenie lub innym aucie, którego widok wzbudza stan ogólnej obojętności. Nic z tych rzeczy! Otóż pojazdem, który doprowadza mnie do wewnętrznego rozbicia, jest MINI. Ktoś może zapytać: „Ale jak to, przecież MINI świetnie wygląda i genialnie się prowadzi!”. Owszem, nie da się z tym nie zgodzić, ale… zresztą, sami zobaczcie. Tak oto docieramy do naszego testowanego egzemplarza, czyli pięciodrzwiowego MINI. Nie jest to żaden skurczony Countryman albo przerobiona w stodole pod Radomiem trzydrzwiowa wersja brytyjsko-niemieckiego malucha. Oto nowy członek rodziny MINI, którego miejsce w szeregu jest gdzieś pomiędzy tymi dwoma autami. Skoro już stoi przed nami taki dziwny twór, to może chociaż pod maską kryje się to, co lubimy najbardziej, czyli groźnie powarkujący i nieco wulgarny benzyniak? Niestety, tym razem oznaczenie Cooper S zostało sparowane z literą D, czyli prawym pedałem obroty podkręcimy do góra pięciu tysięcy, zaś na stacji zaprzyjaźnimy się z czarnym pistoletem. Koszmar czy szalona alternatywa? Przekonajmy się!

Badanie zawartości MINI w MINI

Wyróżnikiem pięciodrzwiowego MINI jest jego długość – dodatkowo zaaplikowane 7 cm do rozstawu osi oraz 16 cm do ogólnej długości auta pozwoliło na stosunkowo estetyczne i mało inwazyjne wpasowanie dodatkowej pary drzwi. Niestety, nieco ucierpiała na tym sylwetka auta, która stała się nie tylko dość masywna, ale także utraciła odrobinę swojego zadziornego charakteru. Rozciągnięcie „Miniaka” przyniosło jednak wiele korzyści – na tylnej kanapie ma szanse zmieścić się ktoś większy niż baśniowy skrzat lub krasnal. Nie łudźcie się jednak, że obecność trzech pasów bezpieczeństwa sugeruje możliwość przewozu takowej ilości pasażerów. Osobiście podjąłem się próby zabrania pięciu osób w MINI, lecz niestety osoby siedzące z tyłu jęczały z bólu i cierpienia niczym przykuci do madejowego łoża. Na szczęście dwie istoty ludzkie o średnim wzroście poczują się komfortowo. Bagażnik – dotychczas o pojemności jednej weekendowej imprezy – wciągnie teraz nawet większą walizkę. Dokładnie 278 litrów w standardowej konfiguracji oraz 941 litrów po złożeniu kanapy pozwoli na zapakowanie się nawet na nieco dłuższy wyjazd. Dodatkowo pod podłogą ulokowano stosunkowo praktyczny schowek, do którego możemy wrzucić małe przedmioty.

Jeśli zaś chodzi o samo nadwozie, to nie znajdziemy tutaj zbyt wielu zmian. Przód i tył niczym nie różnią się od trzydrzwiowej odmiany noszącej przydomek Cooper S(D). Znajdziemy tu więc charakterystyczne „zęby” w dolnym wlocie powietrza przedniego zderzaka oraz dwie centralnie umiejscowione końcówki wydechu. Nieco klimatu dodaje nam dwukolorowe nadwozie, łączące wspaniały odcień British Racing Green (2206 zł) z białym dachem oraz białymi pasami na pokrywie silnika (486 zł).

Choć wnętrze nowego MINI zachowało swoją ogólną formę, to jednak ilość zmian, które tutaj zaszły w stosunku do poprzedniej generacji, jest ogromna. Przede wszystkim, możemy pożegnać się z centralnym prędkościomierzem o wielkości średniej pizzy. Wszystkie zegary zgrupowano w „grzybku” zamocowanym na kolumnie kierowniczej – dzięki temu przy każdym ustawieniu czytelność wskazań jest równie dobra. Deskę rozdzielczą zdominował wyświetlacz systemu iDrive, zapożyczonego z marki-matki, czyli BMW. Choć jego obsługa jest dość prosta za sprawą logicznego rozłożenia elementów w menu oraz możliwości wprowadzania danych za pomocą touchpada, to jednak umiejscowienie samego kontrolera gdzieś pod podłokietnikiem zasługuje na naganę.

Jeśli wydaje Wam się, że do tej pory wszystko jest przesadnie zwykłe i wręcz trąca nudą, to rzućcie okiem na pierścień okalający ów monitor. Jego kolorystykę można zmieniać ręcznie (przy okazji zmieniając podświetlenie drzwi oraz przestrzeni nóg), choć zabawa zaczyna się dopiero przy zmianie temperatury lub głośności muzyki. Otóż wówczas wspomniany pierścień podąża niejako za naszymi czynnościami, przybierając np. barwy niebiesko-czerwone podczas kombinowania z klimatyzacją. Fanom Kena Laszlo, Mike’a Mareena oraz Giorgio Morodera na pewno przypadnie to do gustu, choć muszę przyznać, że taka zabawa z kolorami pasuje do kabiny MINI.

Skoro jesteśmy już przy elektronicznych gadżetach, to kilka słów warto poświęcić aplikacji Mini Connected. Po pobraniu odpowiedniego programu na nasz smartfon i sparowaniu go z autem, uzyskujemy dostęp do wielu praktycznych danych, takich jak ilość paliwa w baku czy zasięg, oraz szeregu ustawień, dzięki którym możemy zdalnie sterować naszym samochodem. Co prawda nie tak dawno wybuchła mała afera, gdyż ujawniono ogromne braki w zabezpieczeniu połączeń na linii telefon – pojazd, przez co osoby trzecie mogły spokojnie otworzyć i odpalić MINI oraz BMW wyposażone w ten system, lecz trzeba przyznać, że mimo wszystko jest to dość ciekawe rozwiązanie. Wstajesz rano, sprawdzasz maila, nowości na Facebooku oraz ilość paliwa w samochodzie. Genialne!

Wróćmy jednak do wnętrza MINI. Kierowca na pewno nie będzie narzekał na pozycję za kierownicą, a to wszystko za sprawą fantastycznych skórzanych foteli, które nie tylko doskonale trzymają w zakrętach, ale także posiadają spory zakres regulacji (w tym możliwość wydłużenia siedziska), dzięki czemu każdy znajdzie dogodną dla siebie pozycję. Dorzucając do tego zestawu niemal pionowo ustawioną kierownicę z grubym i mięsistym wieńcem, otrzymujemy doskonały duet do pokonywania zakrętów.

Najlepsze zostawiłem jednak na koniec, czyli kilka słów o wykończeniu i wysmakowaniu poszczególnych elementów. Wreszcie MINI ma kabinę z materiałami godnymi kwoty, którą trzeba za takie auto wyłożyć. Większość elementów wykończono miękkimi plastikami oraz skórą. Z kolei obecne od pierwszej generacji lotnicze przełączniki wykonano jeszcze staranniej, ciekawie eksponując centralnie umieszczony starter, który po otwarciu auta pulsuje soczystym czerwonym podświetleniem. Proste, a jakże przyjemne dla oka!

Gokart na sterydach

Od pewnego czasu MINI chwali się gokartową frajdą z jazdy. Czy hasło to sprawdza się w przypadku pięciodrzwiowej odmiany z dieslem pod maską oraz automatyczną skrzynią biegów? Jak najbardziej! Dodatkowe centymetry nie odebrały autu nawet odrobiny tego, co lubimy najbardziej, czyli rewelacyjnego prowadzenia. Duża w tym zasługa zmiennych ustawień wspomagania kierownicy, pracy silnika oraz przekładni, sterowanych za pomocą pierścienia umieszczonego wokół lewarka skrzyni biegów. Posiada on trzy pozycje – Green, Standard oraz Sport. Każda z nich zmienia charakter Miniaka, nie dając jednocześnie uczucia prowadzenia dużej konsoli do gier. W „zielonym” ustawieniu wszystko pracuje niezwykle gładko i przyjemnie. Układ kierowniczy zyskuje nieco mocniejsze wspomaganie, pedał gazu działa z wyraźnym opóźnieniem, ograniczając zbędne przyspieszenia, a automatyczna skrzynia biegów możliwie najszybciej wrzuca wyższe przełożenia. Kiedy jednak nasz palec popchnie ów przełącznik w pozycję Sport zaczyna się ostra zabawa. Silnik wykorzystuje 100% wysokiego momentu obrotowego, wspomaganie kierownicy wyraźnie słabnie, dzięki czemu doskonale odczuwamy, co dzieje się z przednimi kołami, a lekkie muśnięcie gazu niemal całkowicie otwiera przepustnicę… Czasami trudno uwierzyć, że pod maską wciąż drzemie wysokoprężna jednostka. W tym miejscu trzeba pochwalić współpracę wszystkich podzespołów. Automat – choć posiada „tylko” sześć przełożeń i jedno sprzęgło nie ma problemów z szybkim zrzuceniem biegu i sprawną zmianą przełożeń. Jak widać, przy odrobinie chęci wszystko jest możliwe. Przy okazji warto wspomnieć, że zarówno ASR, jak i ESP można w pełni dezaktywować, aby cieszyć się w pełni możliwościami podwozia MINI. Lekkie ujęcie gazu w ostrzejszym łuku możemy zakończyć uroczym poślizgiem tylnej osi, wykrzykując jednocześnie okrzyki radości. Dodatkowo na straży naszego bezpieczeństwa stoi układ Performance Control, ograniczający podatność auta na podsterowność.

A teraz to, co w tym wszystkim najlepsze, czyli spalanie. Przyznam, że początkowo spodziewałem się raczej dwucyfrowych wyników przy ostrej, dynamicznej jeździe. To, co zobaczyłem na komputerze przerosło jednak wszelkie oczekiwania. Przy mało delikatnym obchodzeniu się z pedałem gazu spalanie wyniosło dokładnie 8,7 litra. Patrząc na możliwości auta, to tyle, co nic. Kiedy jednak nieco się uspokoimy i będziemy podążać wraz z miejskim tempem MINI zadowoli się niecałymi 7 litrami oleju napędowego. Coraz lepiej? To teraz zaskoczę Was wynikiem, który udało mi się osiągnąć w trasie jadąc stałym tempem ok. 80 km/h w trybie Green. Cooper SD – który, przypominam, pod maską ma 170 koni – wciągnął 3,3 litra ropy na sto kilometrów. Muszę przyznać, że BMW wykonało kawał dobrej roboty przy projektowaniu tego silnika i jest to zdecydowanie jedna z lepszych konstrukcji, którą dostaniemy w tej chwili na rynku.

Zachcianki dużych dzieci

Na koniec standardowe pytanie – „A ile to kosztuje?”. Muszę niestety przyznać, że cena jest abstrakcyjna. Testowany egzemplarz – choć bogato wyposażony – nie posiadał wszystkich dodatków dostępnych z listy opcji, a mimo to trzeba za niego wyłożyć dokładnie 159 744 zł. Owszem, w tej cenie kryje się wiele dodatków, takich jak skórzana tapicerka, doskonały system audio sygnowany przez Harman/Kardon, rewelacyjna automatyczna skrzynia biegów czy pakiet Chili oraz Wired. Na pokładzie nie uświadczymy jednak takich dodatków, jak chociażby ksenonowe reflektory czy szyberdach. Dużo? To już kwestia indywidualnych odczuć i oczekiwań.

Zalety:
  • fantastyczne prowadzenie,
  • sprawnie działająca automatyczna skrzynia biegów,
  • dobrze wyciszony i bardzo oszczędny silnik,
  • bagażnik wreszcie pomieści coś więcej niż siatkę z zakupami,
  • nie trzeba przepuszczać pasażerów wsiadających na tylną kanapę.
Wady:
  • bardzo wysoka cena,
  • kiepska zwrotność, utrudniająca manewrowanie na parkingach,
  • brak kamery cofania,
  • ciągła tęsknota za warkotem silnika benzynowego.

Podsumowanie
Choć eksperyment się udał i MINI zachowało swój unikalny charakter, przemycając jednocześnie odrobinę praktyczności, to jednak wciąż czegoś mu brakuje. Trudno mi wrzucić je do konkretnego worka. Z jednej strony diesel doskonale radzi sobie z tym autem, oszczędzając jednocześnie nasz portfel, z drugiej jednak nijak nie pasuje do pewnej zadziorności, z której słyną te samochody. Tak oto ja pozostałem w rozkroku pomiędzy szufladkami „genialny” a „kiepski”.

Dyskusja

komentarzy

Dane techniczne
Dane techniczne producentaMINI Cooper SD
Silnikturbodiesel, R4, 16 zaw.
Typ zasilania paliwemwtrysk bezpośredni Common Rail
Pojemność1995 cm³
Moc maksymalna170 KM (125 kW) przy 4000 obr./min
Maks. moment obrotowy360 Nm przy 1500 - 2750 obr./min
Skrzynia biegówautomatyczna, 6-stopniowa
Napędprzedni
Zawieszenie przódkolumny McPhersona
Zawieszenie tyłwielowahaczowe
Hamulcetarczowe went.
Oponyp/t: 195/55 R16
Bagażnik / po złożeniu siedzeń278/941 l
Zbiornik paliwa44 l
Typ nadwoziahatchback
Liczba drzwi / miejsc4/5
Wymiary (dł./szer./wys.)4005/1727/1425 mm
Rozstaw osi2567 mm
Masa własna /ładowność1230/450 kg
Masa przyczepy / z hamulcemb.d. kg
Spalanie: miasto/trasa/średnie4,7/3,7/4,1 (test: średnio 6,9)
Emisja CO2108 g/km
Prędkość maksymalna223 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h7,3 s
Gwarancja mechaniczna2 lata bez limitu km
Gw. perforacyjna /na lakier12 lat/3 lata
Okresy międzyprzeglądoweco 30 000 km lub co rok
Cena wersji podstawowej79 400 zł
Cena wersji testowej111 400 zł
Cena egz. testowego159 744 zł


Podobne artykuły

Podobne testy