Zaczynamy sezon "kraterów drogowych". To jedna z tych rzeczy, która od lat się nie zmienia
Mamy w Polsce naprawdę fantastyczną sieć nowych dróg i coraz lepsze ulice. Wciąż jednak nie pokonaliśmy problemu "drogowych kraterów", które dają o sobie znać w okolicach wiosny. Tutaj przed nami jeszcze bardzo długa droga.
Ach, przedwiośnie w Polsce. Można je odmieniać przez wszystkie kolory szarości. Błoto pośniegowe miesza się z piachem na drogach i chodnikach, wszystko jest brudne, a w kałużach idzie utonąć. W powietrzu czuć jednak ciepłe powietrze, które zwiastuje koniec mrozów. A te w tym roku nie tylko były siarczyste, ale także trzymały bardzo długo.
Jak zwykle pożegnanie zimy nie jest przyjemnym momentem dla kierowców. Co prawda powoli możemy zapomnieć o soli na drogach, ale jej miejsce zajmują dziury. A nawet nie dziury, a kratery. Na niektórych ulicach jazda na wprost, po obranym pasie ruchu, nie jest fizycznie możliwa.
I jak zwykle skończy się to tak samo: przyjadą drogowcy, załatają dziury i za rok powtórzą ten proces. A po kolejnych 12 miesiącach znowu wrócą w to miejsce. I tak w kółko.

Sezon na dziury. Prowizorka nie jest w stanie przetrwać zimowych warunków
Nie trzeba być fizykiem ani specjalistą od budowlanki, aby doskonale zrozumieć genezę problemu. Dziury łata się szybko, byleby droga była nieco bardziej komfortowa dla kierowców. Robi się to też tanio. A jak dobrze wiemy, w równaniu tanio + szybko nigdy nie będzie wyniku "dobrze".
W zimie woda dostaje się w pęknięcia na łatach, a przy mrozach zamarza w nich, rozsadzając te łaty. W efekcie przy odwilży, gdy to wszystko dodatkowo podlewa woda, na drogach wyrastają kratery, z których "wychodzą" niemalże gigantyczne kawałki masy bitumicznej. Dla kierowców jest to sprawdzian dla wzorku i szybkości reakcji. Dla opon z kolei test wytrzymałości. Opcje są dwie: albo przetrwają spotkanie z dziurą, albo właśnie z takim wyrwanym kawałkiem "łaty".

Czy da się z tym coś zrobić? Oczywiście, ale nie są to tanie rozwiązania. Pierwszą opcją jest przeprowadzanie znacznie bardziej skomplikowanych i czasochłonnych napraw nawierzchni. Drugą jest frezowanie i przebudowa całej ulicy. Obydwie opcje kosztują dużo i są czasochłonne. Często wymagają też zamknięcia drogi na dłużej – od kilkunastu godzin do kilku tygodni. A to często nie wchodzi w grę.
I tak oto prowizorka żyje sobie, całkiem nieźle, w wielu miejscach w Polsce. Do kwietnia będziemy jeździć wężykiem, później przyjadą Panowie w pomarańczowych kamizelkach i za rok powtórzymy ten cykl.


