Zapomniany festiwal absurdu. Sześciokołowy Panther 6 rozpędzający się do ponad 300 km/h
Panther 6 to żywy przykład tego, że lata 70. były szalone. 1300 kg, V8, brak dachu i sześć kół. Co mogło pójść nie tak?
Teraz jest moda na retro. I to mi się podoba. Bo współczesne supersamochody mogą mieć tylko więcej mocy z silników elektrycznych. Nie ma już tej fantazji, co 50 lat temu. A taki na przykład Panther 6 sprawia wrażenie, jakby zaprojektowano go przy użyciu ekierki, dużych ambicji i wiadra kokainy. Nie wierzycie? Popatrzmy na specyfikację.
Panther 6 miał być ekskluzywny i szybki
Auto pojawiło się na targach w Londynie w 1977 i zrobiło niemałe zawieszenie. Jego twórcą był Robert Jankel, który później znał się znany z przebudów w stylu limuzyn. Ale pod koniec lat 70. jego ambicją było stworzenie prawdziwego supersamochodu. Od początku dekady był znany z wyjątkowych konstrukcji, świetnie wykonanych i nietypowych.
Panther 6 (czy też Panther Six) był wyraźnie inspirowany kultowym (choć nie z powodu tytułów) Tyrellem P34, sześciokołowym bolidem F1, którego Jankel obejrzał podczas jednego z Grand Prix. Uznał, że to właśnie jest pomysł na supersamochód.

Ekstremalny. Bo "szóstka" miała być naprawdę wyjątkowym pojazdem. Nadwozie ma blisko 5 metrów długości i ponad dwa szerokości. Przy rozstawie osi (drugiej i trzeciej) gdzieś pewnie w okolicach 2,5 metra.
Tylny zwis jest monstrualny, a prosty design dość... prosty. Nie, żebym nie lubił minimalistycznych we wzornictwie aut, ale mam wrażenie, że detale w Pantherze są bardzo... tanie wizualnie. Przód i tył pasowałyby do zupełnie innych aut.
No, pomijam już to, że z przodu pojawiły się dwie osie skrętne, z kołami o średnicy 13". Z tyłu jest "szesnastka".
A, i to są osie napędzane. Samochód miał być najlepszy na świecie, więc Robert Jankel uzna, że wsadzi tam nie najlepszy silnik na świecie. A największy.
Wybór padł na... 8,2-litrowe, gargantuiczne monstrum od Cadillaca. To ten silnik, który w najlepszym momencie osiągał niecałe 200 KM. Tutaj wybrano wersję o znacznie większej mocy, a dodatkowo ją doładowano.

Przypominam, że to umieszczony z tyłu silnik położony "odwrotnie", napędzający przednią oś. Brzmi jak coś, co nie ma prawa jeździć dobrze.
Ale samochód miał przekraczać 200 mph (322 km/h), więc musiał mieć więcej mocy, mimo niskiej masy (ok. 1300 kg). Dlatego ma podwójne doładowanie i osiągał ponoć ok. 600 KM. I pewnie przepala tonę paliwa na minutę.
Auto miało być łatwe w prowadzeniu, więc ma bardzo dużo elementów z samochodów amerykańskich. Wspomaganie, skrzynię biegów, czy elementy zawieszenia. Do tego ma klimatyzację z amerykańskiej ciężarówki Mack.
Aby zachęcić klientów do kupna, samochód wykończono naprawdę luksusowo. Miał (oprócz klimy), pełną elektrykę siedzeń, cyfrowe zegary, wbudowany telefon, czy telewizor.
Co poszło nie tak?
Jeśli zakładacie, że takie auto miałoby trafić, to tylko do klientów z krajów arabskich... to tak samo myślał Jankel.

Według niepotwierdzonych informacji, było aż piętnastu chętnych na to cudo.
Zbudowano jednak jedną sztukę, której szybko zmieniono kolor po premierze, aby "wydawało się", że jest ich więcej.
Pirelli miało duży problem ze stworzeniem odpowiednich opon, a prace nad ucywilizowaniem tego samochodu trwały zbyt długo. Ponoć (zaskakujące) jazda nim powyżej prędkości "patrzcie na mnie" była fatalna. Finalnie przyszedł kryzys z 1979 roku i firma Panther zbankrutowała. Przejął ją koreański biznesmen Young C. Kim, ale bez omawianego auta.
Powstał jeszcze drugi egzemplarz, biały, ale według informacji, były to podzespoły, które ktoś odkupił i sam złożył w garażu.
Czy obecnie istnieje jakikolwiek z nich? Nie wiadomo. Oryginalna sztuka ponoć kilkukrotnie zmieniała właścicieli, kolory i wnętrze, ale od dawna nikt o niej nie słyszał. Być może jest w jakiejś dziwnej arabskiej kolekcji.


