Co zatrzyma chińską nawałnicę? Wygląda na to, że będą to... Chiny
Chińskich samochodów jest coraz więcej. Powstają tak szybko, że nie nadążamy zliczyć marek, modeli i nowości. Z niepokojem zaczęły się temu przyglądać Chiny, jako państwo.
Wszyscy jesteśmy zgodni, że chińskie samochody nie pojawiły się u nas "spokojnie". Chiny zalały nas falą marek, modeli, wersji, oferując, niczym w hollywoodzkim hicie "Wszystko, Wszędzie, Naraz". Jeśli chodzi o rynek lokalny, to Chiny są w jeszcze gorszym położeniu. Tam marki wyrastają na niemalże kilka miesięcy, modele dostają liftingi co rok, czy co dwa lata, a kolejne samochody pojawiają się tak szybko, że współczujemy portalom, które starają się być z tym w pełni na bieżąco.
Wygląda jednak na to, że czujne oko Chińskiego Wielkiego Brata zaczęło się temu przyglądać.
Chiny reagują na podaż rynkową
To, co wielu postrzega za zaletę chińskich producentów, czyli szybką adaptację, możliwości zmiany i błyskawiczny rozwój, jest też wadą.
To również testowanie aut na klientach, brak przykładania wagi do szczegółów i pęd za wejściem na rynek jak najszybciej i jak najtaniej. A to oznacza cięcia jakościowe i "rozwojowe". Do tego pojawiły się doniesienia, że Chińczycy wykorzystują AI do skrócenia procesu przygotowania auta.
Z dwóch lat do półtora roku! U przeciętnego producenta spoza Chin wprowadzenie nowego modelu zajmuje od 3 do 5 lat.

Chińscy regulatorzy zaczęli się przyglądać temu, mając na uwadze, że tak błyskawiczne wprowadzenie nowości oznacza stratę dla klientów. Prędkość zabija jakość, a także... zabija. Chiny zadają pytanie, czy to nie wpływa na bezpieczeństwo samochodów.
W tym celu regulatorzy uruchomili całoroczną kampanię mającą na celu sprawdzenie, gdzie są cięcia kosztów, i czy producenci nie zagalopowali się, nomen omen, w przyspieszaniu tempa rozwoju. Ponoć, poza niezapowiedzianymi kontrolami fabrycznymi, brany jest też mocno pod uwagę głos klientów w internecie, szeroko narzekających na poszczególne produkty.
Pierwszym etapem zmian, poza wspominanymi już przez nas klamkami, jest wydłużenie obowiązkowych testów drogowych dla samochodów "New Energy". Czyli tych, które stanowią przytłaczającą większość chińskich nowości. Co ciekawe, to minimum zostało wydłużone dwukrootnie i teraz wynosi... 30 000 km.
Tak, chińskie samochody miały tylko 15 000 km testów drogowych
Pierwsze kary i kontrole pojawiły się już w koncernie GAC (marka Aion), w których akumulatory zaczęły "padać" już po 150 000 km.
Nacisk kładziony jest na kluczowe kwestie, czyli bezpieczeństwo.
Co ciekawe, wiele firm zgadza się z decyzjami regulatorów, bo sami są "zmęczeni" pogonią za nowościami. W gronie firm, które chcą rozwijać się spokojniej, są Geely, GWM i Chery.
Li Xueyong, wiceprezes Chery, powiedział nawet, że samochodów nie należy uważać za szybko zbywalne towary, ponieważ korzystają z nich miliony ludzi i muszą one przetrwać próbę czasu i zmienne warunki eksploatacji. A pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć bezstratnie.
Z drugiej strony, rozpędzona chińska lokomotywa nie może za szybko zwolnić. Na rynku jest lekka zapaść, a sytuację ratuje eksport. Zwolnienie dostarczania konsumentom nowych produktów będzie oznaczać gigantyczne straty.
Zobaczymy więc, jak to się skończy.
źródło: Automotive News Europe