"Cywilny" Ford Puma to taki samochód, który robi dobrze właściwie wszystko. Tylko ten silnik taki umęczony
Ładnie wygląda, prowadzi się przyzwoicie, zaskakuje praktycznością. Ford Puma po liftingu w "cywilnej" wersji jest autem skrojonym pod miejskie potrzebym, zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że bardzo kobiecym. Każda mama będzie szczęśliwa, że może takim autem wozić dzieci do szkoły. Chyba że ma smykałkę do sportowej jazdy – wtedy kultura pracy zachłannej na paliwo litrowej jednostki doprowadzi ją do szału.
Szanowni państwo, na początek ćwiczenie umysłowe. Po czym rozpoznać Forda Pumę po liftingu? Zadanie do najprostszych nie należy, ponieważ Ford Puma i wcześniej był ładnym autem.
Konstruktorzy wyszli więc z założenia rodem z Alfy Romeo. Wiele lat temu (chciałem napisać kilka, ale Boże, jak ten czas leci) Włosi uznali, że model 159 jest na tyle ładnym autem, że przy liftingu nie trzeba zmieniać właściwie nic, żeby tylko go nie popsuć.
Tutaj drobne zmiany są, ale no właśnie: drobne.
Ford Puma po liftingu. Co się zmieniło?
Najprościej egzemplarz po liftingu rozpoznać po... znaczku. Emblemat marki zniknął z maski i trafił na jakże efektowny grill. Delikatnie zmodyfikowane zostały także zderzaki, a światła do jazdy dziennej mają trochę inną sygnaturę.
Więcej zmian zaszło w środku. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to naturalnie nowy, wielgachny ekran multimedialny. Jest naprawdę duży – po uruchomieniu (bezprzewodowo) Apple CarPlay aplikacja nie zajmuje całej przestrzeni na ekranie.

Wyświetlacz jest też umiejscowiony niżej niż przed liftingiem, dzięki czemu odrobinę łatwiej do niego sięgać. To akurat istotne, ponieważ projektanci Forda nie odmówili sobie tej przyjemności i dołączyli do zorganizowanego gangu producentów aut, którzy oddają się procederowi prześladowania kierowców niechętnych obsłudze klimatyzacji z ekranu multimedialnego.
Tak, w Fordzie Puma ergonomia kuleje. Pochwalić za to należy dobór kierownicy. Ta jest GIGANTYCZNA i to może trochę dziwne, bo to przecież niewielkie auto, do tego ze sportowym zacięciem podczas jazdy, ale... jest wygodna. Sprawdza się.
Poza tym jest tu całkiem klasycznie. Czytelny wirtualny kokpit, "tacka" na telefon z ładowaniem indukcyjnym, ja osobiście się cieszę, że ostał się tu tradycyjny hamulec ręczny.
A tak w ogóle to wersja Sound Edition
I to jest coś, czego przed liftingiem nie było. Ford od niedawna do swojej gamy wprowadza edycje specjalne swoich samochodów w nowej serii Ford Collection.
Jej elementem jest właśnie Ford Puma w wersji Sound Edition. Co wyróżnia taki samochód? Tłusty bas. Oddajmy głos importerowi: "Puma i Kuga (nowość dotyczy także tego modelu – red.) w limitowanej wersji Sound Edition otrzymały bogatszy system nagłośnienia B&O Performance, dbający o doskonałe odwzorowanie dźwięku, a także wyróżniające je elementy wizualne wnętrza i nadwozia".
Co się więc pod tym kryje? Szczerze to nie za wiele. Nagłośnienie B&O oczywiście daje radę i w tak małym aucie daje przyjemne doznania akustyczne, natomiast: Range Rover to nie jest. Ale też nie może być, bo to jednak "odrobinę" tańsze auto.
Te wyróżniające elementy wizualne to też pic na wodę. Sprowadza się to do trochę innych faktur w aucie, np. foteli, pojawia się też inny wzór obręczy kół.
Ford Puma: jak to jeździ?
Na początek mały disclaimer: ja w tym roku na łamach AutoGalerii opisywałem już Forda Pumę. I tam się po prostu umęczyłem, bo w wersji ST-Line X to koszmarnie twarde auto.
Tutaj widzicie "zwykłą wersję", żadne udawane (lub prawdziwe) ST. I jest znacznie, ZNACZNIE lepiej. Zdecydowany układ kierowniczy, jak to w Fordach, jest tu połączony z naprawdę dobrze zestrojonym zawieszeniem. Puma daje dość komfortu tam, gdzie można tego oczekiwać od takiego crossovera, a jednocześnie wgryza się w zakręty w stopniu, który jest dość zaskakujący. To nie jest taczka, jak w wersji ST-Line X.

Cieniem na tym kładzie się praca silnika. Jęczałem na niego przy poprzednim teście i... jęczę dalej. Litrowy EcoBoost jest dostępny w kilku wersjach, bo może współpracować z manualną, sześciobiegową przekładnią lub siedmiobiegowym automatem, a do tego może mieć 125 lub 155 koni mechanicznych (oraz 170 KM w ST). Osiągi obu wersji są podobne, bo przy automatycznej przekładni to odpowiednio 9,6 i 8,7 sek. do 100 km/h. Można więc według mnie przyoszczędzić i wybrać słabsze, tańsze auto.
Niezależnie od wybranej wersji czuć, że to po prostu wysilona zabawka. Ford oczywiście podaje, że to hybrydy, ale teraz wszystko jest hybrydą. Pod tą nazwą po prostu kryje się układ miękkiej hybrydy.
Charakterystyczny warkot trzycylindrowej jednostki jest tu słyszalny aż nadto, ale bardziej niepokojąca jest kultura pracy tego silnika. Litrowy EcoBoost momentami dławi się, łapie zadyszkę, zwłaszcza przy ruszaniu z miejsca można mieć wrażenie, że komputer pokładowy nie wie, co z tym autem zrobić. Reakcja na gaz jest momentami po prostu dziwna, choć nie nazwałbym tych trudności jakąś dyskwalifikującą okolicznością. Trzeba się przyzwyczaić.
Wielkim niewypałem jest za to spalanie. Zgodnie ze starą prawdą, wedle której małe jednostki służą producentom do ograniczania emisji spalin, ale nie samego zużycia paliwa, litrowy EcoBoost spala więcej bezołowiowej niż – przykładowo – moje prywatne Audi z dwa razy większym silnikiem.
Droga ekspresowa to co najmniej siedem litrów, autostrada nawet dziewięć. Z kolei w mieście zejście poniżej dziesięciu litrów jest praktycznie niewykonalne, przynajmniej w Warszawie. Może w nocy, przy płynnej jeździe.

Ogółem to przyjemne auto do miasta, może dla małej rodziny
Puma jest też dość przestronna. Z tyłu spokojnie zmieści się dwójka dzieci, od biedy dwójka dorosłych. Przestrzeń bagażowa jak na ten segment też nie rozczarowuje. Bagażnik ma 456 litrów, a do tego po liftingu Ford oczywiście nie pozbył się tzw. MegaBoxa. To ten dodatkowy kufer pod podłogą bagażnika z korkiem spustowym. Ma 80 litrów i jest głęboki na ponad 30 cm, więc można tam swobodnie przewozić np. ubłocone buty, a potem tylko spłukać.
Cennik startuje obecnie – w promocji – od 87 500 zł za wersję 1.0 EcoBoost Hybrid 125 KM. I uważam, że jest to bardzo dobra oferta, bo jest to już przyzwoicie wyposażone auto. W wersji Titanium w tej cenie są już duże ekrany we wnętrzu auta czy reflektory Full LED. Myszką trącą tylko kołpaki i stalowe obręcze kół, ale z tym sobie można poradzić.
Na szczycie gamy jest 170-konna wersja ST. Notabene – także z litrowego silnika, ale który w tej wersji generuje 170 KM. Ale według mnie warto w przypadku Pumy skupić się na prostszych wersjach, bo te "sportowe" są po prostu betonowe. A nie wiem komu to potrzebne w takim aucie.

Kończę ten test z prostym przekazem – Puma to dość ładne, niewielkie auto, które dobrze wywiązuje się ze swoich zadań. To samochód, o którym trudno napisać coś więcje, bo nie jest przesadnie charakterystyczny, może poza angażującym prowadzeniem. Po prostu działa.
Tylko tyle i aż tyle.


