Jaecoo 5 to Range Rover z Temu. Masz go kupić zamiast używanego europejskiego auta
Po trzech kielichach można go pomylić – z daleka – z Range Roverem Sportem, pali równie dużo co ten Range Rover i jest też równie dobrze wyposażony. A do tego nowy kosztuje tyle, ile używany, europejski crossover. Po kilku dniach z Jaecoo 5 twierdzę jednak, że dalej wolę europejską „używkę”.
Szczerze – nie wiem, czy w salonach Jaecoo Omoda (obie marki są sprzedawane razem, należą do koncernu Chery, które jednak dla swoich aut ma oddzielne salony, ale nie oczekujcie po Chińczykach logiki) handlowcy sprzedają klientom wizję przygody, którą ma zapewnić im Jaecoo 5.
Kliknij tutaj, aby obejrzeć wideotest Jaecoo 5 - YouTube
Jaecoo 5: chiński crossover (nie) do przygód
Niemniej jednak nacisk na to chyba jakiś jest. Nawet pobieżna lektura folderów Jaecoo poświęconych temu autu wystarczy, żeby się w tym zorientować. Na zdjęciach są jeziora, góry, pieski i oczywiście – Jaecoo 5 i jego kierowca.
O, sami zobaczcie:
Materiały reklamowe Jaecoo
Ale czy samochód dostępny wyłącznie z napędem na przód (jeszcze się tym chwalą na tej fotografii), za nieco ponad sto tysięcy, naprawdę może być autem lifestyle’owym?
Odpowiedź jest krótka: nie. Ale chyba po prostu chodziło o odróżnienie Jaecoo 5 od Omody 5. Ta druga jest bardziej „miejska” w tym zestawieniu. Choć tak naprawdę nie rozumiem, po co koncernowi Chery dwa auta, które de facto się kanibalizują, a pomijam w tym zestawieniu auta sprzedawane pod marką Chery. No ale – to Chińczycy.
Jaecoo 5, choć wygląda dość temperamentne, a producent w katalogu chwali się kątami natarcia, zejścia, a nawet głębokością brodzenia (!) wynoszącą przyzwoite 45 centymetrów, wcale nie jest Range Roverem za ułamek ceny.
Dyskwalifikuje go nawet nie napęd na przód. Nawet nie brak trybów do jazdy w terenie (elektronika wbrew pozorom potrafi być bardziej przydatna niż np. reduktor). Dyskwalifikuje go prześwit pod autem, który wynosi mniej więcej 14 centymetrów. Long story short: ten samochód jest tak terenowy, jak Suzuki Swift. Albo Opel Corsa.
Widać to zresztą po zdjęciach. Jaecoo 5, choć jest masywny i sprawia wrażenie poważnego auta, w rzeczywistości jest nisko zawieszony nad asfaltem.
Tak naprawdę to kompaktowe auto, niewiele większe od… Volkswagena T-Roca. Którego nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby SUV-em. W zasadzie jedyne, co na jego tle wyróżnia Jaecoo 5, to wysokość. Testowany samochód jak na swoje wymiary jest wręcz nienaturalnie wysoki. To sprawia, że według mnie jego proporcje są mocno zaburzone… ale jest przynajmniej wygodnie w środku.
Przestrzeń to mocna strona Jaecoo 5
Nie jeździłem Jaecoo 7, ale znajomi z branży twierdzą, że „piątka” w kwestii miejsca we wnętrzu nie odstaje znacząco od większego, zresztą bardzo podobnego wizualnie modelu. Coś w tym rzeczywiście może być, bo na fotelu kierowcy było mi bardzo wygodnie, a w ustawieniu fotela pod siebie bez problemu usiadłem także na kanapie.
Jaecoo 5 to może i dość kanciaste auto, ale tradycyjna linia dachu ma swoje plusy. Czytaj nie szorowałem czupryną po podsufitce. Na plus trzeba zaliczyć także spory i całkiem ustawny bagażnik. 480 litrów w tej klasie nie przynosi konstruktorom ujmy.
Jeździ się tym zaskakująco… zwyczajnie
Na razie jest całkiem miło. Możliwości – nazwijmy to – outdoorowe Jaecoo 5 są oczywistą ściemą, ale przecież może to być całkiem przyjemne auto do rozwożenia dzieci do szkoły. Za kierownicą czar szybko jednak pryska.

Owszem, wyposażenie za te pieniądze (o tym zaraz) jest wręcz porażające, bo na pokładzie są m.in. wentylowane fotele czy kamery 360 (a producent nazywa je nawet 540). Duży, pionowy ekran centralny także jest wyposażeniem rodem z klasy premium.
Po włączeniu silnika właśnie ten ekran jako pierwszy jednak zdradza niską cenę tego auta. Rozdzielczość ekranu multimedialnego jest żenująca i przypomina chińskie – nomen omen – tablety na Androidzie sprzed kilkunastu lat. Na ekranie po prostu widać piksele, sam wyświetlacz ma też ewidentnie niską jasność maksymalną.
Dodajcie do tego kiepsko działający dotyk (lub powolny procesor… albo i jedno, i drugie) i okazuje się, że użytkowanie tego ekranu nie należy do przyjemności. Problem się pogłębia, bo menu w Jaecoo 5 jest koszmarne. Dość powiedzieć, że ja dopiero w drugim dniu testu odkryłem, jak włączyć podgrzewanie foteli. Ergonomia w tym aucie jest kiepska nawet jak na chińskie auto. A to jest red flag.
Niby jest obsługa Android Auto i Apple CarPlay, ale używanie tych systemów w tym aucie to kara. Po pierwsze – sama konfiguracja jest skomplikowana, bo trzeba korzystać ze specjalnego menu zarówno w samochodzie, jak i w telefonie. Nie wystarczy się po prostu połączyć kabelkiem.
Dalej – po połączeniu ekran Apple CarPlay (i jak podejrzewam, Android Auto) zajmuje cały obszar tego tabletu. A ponieważ w Jaecoo 5 absolutnie każdą funkcję obsługuje się z ekranu dotykowego, to robi się problem. Trzeba swipe’ować, minimalizować, szukać w menu… Zupełnie serio – jeśli używanie tego jest legalne podczas jazdy, to używanie telefonu też powinno być.
Wrażenia z jazdy są absolutnie nijakie w najlepszym razie, ale raczej skłaniam się ku zdaniu, że Jaecoo 5 prowadzi się kiepsko. W mieście sobie oczywiście poradzi, ale już w trasie czuć, że ten samochód po prostu się ledwo wyrabia w zakrętach. I nawet nie mówię o pracy zawieszenia, tylko nadwozia. Wyciszenie jest akceptowalne, ale na drogach ekspresowych. Przy prędkości autostradowej robi się głośno.
Klasycznie: może i nie jeździ szybko, ale chociaż dużo pali
To akurat żadna niespodzianka, choć… i tak szkoda. W każdym razie chińskie spalinowe auta – o ile nie są hybrydami – są znane z dość obfitego spalania.
Nie inaczej jest w przypadku Jaecoo 5. Turbodoładowany silnik 1.6 pali tyle, ile przystało na podróbę Range Rovera. W mieście realnie trzeba się liczyć ze średnim spalaniem na poziomie… 12 litrów. Szału nie ma też w trasie. Ekspresówka – osiem litrów. Autostrada – dziewięć.

Kosztów na stacji benzynowej Jaecoo 5 nie wynagradza osiągami. To leniwe auto. 147 koni mechanicznych i 275 niutonometrów przekłada się na raptem 10,2 sekundy do 100 km/h. To nie jest też ciężkie auto… więc to chyba w dużej mierze wina ospałej skrzyni biegów (dwusprzęgłowa DCT7).
Cena jest wybitna, ale ja wolę chyba jednak używane z Europy
Nie da się jednak nie zauważyć, że Ran… Jaecoo 5 jest śmiesznie tani. To pojemne, pakowne, dość wygodne auto, które kosztuje w podstawie 109 900 zł (wersja Comfort), a droższa wersja Premium to 124 900 zł.
Tak naprawdę warta uwagi jest tylko ta droższa wersja. Wbrew mitowi o świetnie wyposażonych, chińskich autach, w bazowej wersji nie ma nawet obszytej skórą (ekologiczną) kierownicy.
Tak właśnie działają Chińczycy – owszem, za te 109 900 zł masz i kamerę cofania, i bezkluczykowy dostęp do auta, i LED-owe reflektory, i wszelkiej maści systemy włącznie z asystentem jazdy w korku czy asystentem ruchu poprzecznego podczas cofania (tylko uwaga: z działaniem systemów w chińskich autach bywa różnie), ale np. klimatyzacja jest manualna, a o kierownicy już wspomniałem. Chińczycy potrafią przyciąć w najmniej oczekiwanych miejscach.
Ta droższa wersja to już jednak pełen wypas. Bo dochodzi i ta kierownica, i panoramiczny dach z roletą, i ośmiogłośnikowy system audio Sony (gra średnio), i ten szalony system kamer 540.
Oczywiście droższa wersja to ta, którą jeździłem. Więc zachowuje ona wszystkie wady, o których wspomniałem wyżej. Beznadziejny ekran z fatalnym menu, wysokie spalanie itd.

Mimo tego wszystkiego sukces rynkowy tego auta w ogóle mnie nie dziwi. To przystępne cenowo auto dla Kowalskiego, który chce zerwać folię z ekranu i zdjąć pokrowce z nowiutkich foteli, a nie doszukiwać się podstępu u handlarza w komisie. To oczywista przewaga tej propozycji, bo ceny będą podobne.
Ja jednak… wole coś europejskiego, „lekko używanego”. W takich samych pieniądzach można kupić rocznego europejskiego crossovera. Seata Ateca np., bo teraz to sprawdziłem, przy pisaniu testu. Mówię o autach przebiegiem często poniżej 30 tys. km.
Owszem, będą to gorzej wyposażone auta. Ale znacznie, znacznie przyjemniejsze podczas jazdy i po prostu codziennej eksploatacji.


