Japończycy chcą, żeby wszystkie samochody miały części wymienne między sobą. Zaraz, co?
Kryzys w japońskiej branży motoryzacyjnej nie znika. Ale pomysły na jego rozwiązanie są bardzo różne. Np. taki, aby cała Japonia miała wspólne części samochodowe.
Poza Toyotą i Suzuki, każda z japońskich marek motoryzacyjnych boryka się z jakimiś problemami. Niektóre usiłują się połączyć, inne działają na własną rękę. Ale pomysł, który przywołał Koji Sato, prezes Toyoty, wydaje się być szalony. Cała Japonia, jak długa i szeroka, miałaby korzystać z ustandaryzowanych części.
I mówi to człowiek zarządzający tą marką, która robi "co chce", bo ją na to stać. O dziwo, dołącza do tego głosu Nissan.
Japonia jako jeden motoryzacyjny "organizm"? Tak chce JAMA
Koji Sato, poza rolą głównodowodzącego w Toyocie, jest też przewodniczącym JAMA, Japońskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów.
Sugeruję ujednolicenie i standaryzację tam, gdzie przyniesie to korzyści wszystkim producentom. Optymalizacja kosztów, przyspieszenie rozwoju i przejście przez okres transformacji bez strat brzmią jak dobry plan.
Gorzej, że wtóruje mu Ivan Espinosa, prezes Nissana, używając ciekawych argumentów. Twierdzi, że wejście w życie takiego pomysłu spowoduje, że siły i koszty rozwojowe będzie można przeznaczyć na "rozwijaniu nowych technologii, których klienci naprawdę chcą". I o dziwo chodzi tu o szybsze ładowanie, nowe interfejsy oprogramowania, czy zaawansowane systemy wspomagania jazdy.

Panie prezesie Espinosa. Klienci chcą trwałych, solidnych, prostych w obsłudze i dobrze zaprojektowanych samochodów w dobrej cenie. Wystarczą przyciski i wymagane przepisami ADAS-y, a nie coraz bardziej skomplikowane, piszczące maszyny, które bardziej irytują, niż dają przyjemność z jazdy.
A na pewno nie ustandaryzowane w zbytni sposób. Mimo niewątpliwych sukcesów optymalizacyjnych, Stellantis i grupa Volkswagena raczej nie są specjalnie chwalone za to, że oferują to samo, tylko w innych rozmiarach, a auta pomiędzy markami niczym się nie różnią.
Na szczęście prezes Sato póki co nie sugeruje standaryzacji wśród części "widocznych". Mowa o wiązkach elektrycznych, przewodach hydraulicznych i tego typu osprzęcie, którego nowoczesne auta wymagają bardzo dużo, a tak naprawdę można by je produkować w jednej fabryce dla Hondy, Toyoty, Nissana, Mazdy, czy Mitsubishi.
Ma to sens. Nawet na poziomie bardziej zaawansowanych elementów, jak skrzynie biegów. Pod warunkiem, że firmy ponosiły by wspólnie koszty rozwoju, a konstrukcje byłyby indywidualne.
I że nie pójdzie to dalej, i faktycznie Japonia nie stanie się jednym koncernem.
Nasza opinia:
Wspólne konstrukcje, to łatwiejszy dostęp do części zamiennych dla przyszłych użytkowników. To również olbrzymie cięcia kosztów dla koncernów. Tylko najważniejsze będzie, aby nie stracić przy tym charakteru i unikalnych pomysłów dla konkretnych marek. Mamy trochę dość "Stellantizacji" motoryzacji.
źródło: Automotive News