Po blisko 20 latach powrócił najbardziej szalony Volkswagen Golf. Takiej okazji nie można było zmarnować
Ma blisko 650 KM, korzysta z podzespołów Audi i Lamborghini, a jego nadwozie poszerzono o 16 cm. Volkswagen Golf W12 GTI powraca po blisko dwóch dekadach. Okazja jest jak najbardziej właściwa.
Zapewne pamiętacie go w bieli. W 2007 roku zaskoczył wszystkich, imponując swoim szaleństwem. To były czasy, w których koncern z Wolfsburga mógł niemal dowolnie przepalać budżet. Volkswagen Golf W12 GTI w nadwoziu zwyczajnej "piątki" ukrył nowy silnik i podzespoły wielu marek grupy.
Efekt końcowy niezmiennie robi doskonałe wrażenie. Teraz Golf W12 powraca w czerwonym lakierze Tornado Red z najnowszego wcielenia i ponownie porywa gangiem dwunastocylindrowej jednostki.
Volkswagen Golf W12 z seryjnym autem nie ma zbyt wiele wspólnego
Zbudowanie takiego pojazdu było ogromnym wyzwaniem. Choć jednostka W12 jest względnie kompaktowa, głównie ze względu na swoją architekturę i układ "W", to wciśnięcie jej pod maskę nie wchodziło w grę.

Do tego masa tego silnika całkowicie pozbawiłaby Golfa właściwości jezdnych. Inżynierowie musieli więc podejść do tematu w zupełnie inny sposób. Przede wszystkim z Golfa wyjęto całe wnętrze, aby w miejscu tylnych foteli ulokować silnik. Pomieszczenie go razem z zawieszeniem wymagało solidnego poszerzenia rozstawu kół. Zresztą i tak było to niezbędne do zachowania jakichkolwiek właściwości jezdnych.
Nadwozie jest więc szersze aż o 16 cm, a pod nim kryją się podzespoły z Audi i Lamborghini. Z RS4 zaczerpnięto cały układ hamulcowy. Z kolei Lamborghini Gallardo było dawcą tylnej osi. W ten sposób udało się też połączyć skrzynię biegów z dyferencjałem, a moc trafiła na tylne koła.
Nadwozie nieco odchudzono (na przykład dach wykonano z włókna węglowego), a potężny wlot powietrza wspomagał chłodzenie jednostki napędowej. Szerokie koła z kolei ułatwiały przeniesienie 750 niutonometrów na asfalt.

Jedyną wadą jest fakt, że Golf z dwunastocylindrowym silnikiem nigdy nie trafił na drogi
To były czasy, kiedy niemiecki koncern mógł pozwolić sobie na tak odlotowe projekty. Uznano jednak, że ten samochód jest zwyczajnie zbyt trudny w prowadzeniu. Do setki przyspieszał w 3,7 sekundy, a licznik bez problemu przekraczał 320 km/h.

A szkoda, bo w ten sposób dostalibyśmy samochód, który podnosiłby "do potęgi" ideę, która przyświecała Renault 5 Turbo i później Clio V6. Na szczęście Niemcy dali nam kilka odlotowych aut - od Volkswagena XL1, aż po... Veyrona.


