Honda nie wie co robi. Stworzyli samochód, który nie ma sensu
Wyrzucili do kosza niemal gotowe samochody elektryczne, a póki co na jeden europejski rynek wprowadzają podrasowanego kei-cara, który ma udawać samochód sportowy. Honda robi dziwne rzeczy - i zdaje się błądzić niczym dziecko we mgle.
Próbuję pojąć działania tej marki, ale nie jest to łatwe. Honda jest w dziwnym miejscu i jak na tę chwilę robi wszystko, aby stracić swoją pozycję na rynku. Ponad 15 miliardów dolarów poszło do kosza na śmieci wraz z projektem elektrycznych modeli (niemal gotowych do produkcji). Kolejne miliony utopiono w projekcie z firmą Sony (Afeela). Na rynek trafił ciekawy Prelude, który w praktyce jest podrasowanym Civikiem coupe.
W Europie gama jest skromna, a samochody należą do bardzo drogich. Civic, choć udany, nijak nie może bronić się ceną. W efekcie jest rzadkim widokiem na drogach.

Z kolei w Wielkiej Brytanii na drogi niebawem wyjedzie Honda Super-N. Pod tą nazwą kryje się opracowana z myślą o Europie wersja małego kei-cara, oczywiście elektrycznego. I choć koncepcja jest ciekawa, to wykonanie budzi już pewne kontrowersje. Bo po co z miejskiego samochodu na siłę zrobiono... samochód sportowy?
To nie jest żart. Honda Super-N ma tryb Boost, który podnosi moc do 95 KM, a do tego symuluje biegi
Miejskie elektryki mają jeden cel: mają komfortowo i tanio wozić ludzi po dużych aglomeracjach. Niska cena i zadowalają wydajność to podstawa. Do tego warto dodać trzecią cechę: praktyczność. To coś, czego brakuje wielu samochodom.
Co jak co, ale Japończycy, eksperci od kei-carów, znają się na takiej robocie. I faktycznie, w Super-N wygospodarowali dużo miejsca i stworzyli naprawdę przestronne wnętrze. Nadwozie poszerzono, aby poprawić właściwości jezdne i dodać sportowego charakteru.
Problem w tym, że nie tędy droga. O ile moc na poziomie 95 KM zadowala, o tyle dostajecie ją tylko w trybie Boost. Standardowo są to 64 KM, niczym w kei-carze. Japońska marka włożyła tutaj także łopatki (do obsługi "symulowanej skrzyni biegów" i dodała kilka gadżetów.
Znając życie przełoży się to na wysoką cenę. A to w przypadku miejskiego samochodu całkowicie dyskwalifikuje projekt. Honda zresztą przejechała się już na swoim odważnym projekcie sprzed lat, czyli modelu e. Wyniki sprzedaży były dramatycznie słabe, a wydajność konstrukcji w połączeniu z jej ceną sprawiała, że klienci szerokim łukiem omijali salony japońskiej marki.

Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego niemal gotowe elektryki (które tworzono głównie z myślą o USA) nie mogły trafić do Europy, gdzie miałyby szansę nieco podreperować sytuację marki. Mam wrażenie, że Japończycy dzielą rynki grubą kreską i nie szukają nawet odrobiny synergii, tworząc bliżej niezrozumiałą gamę modelową.
To wszystko w połączeniu z fatalną polityką cenową przekłada się na jedną rzecz: przewagę konkurencji. A szkoda, bo Honda zna się na swojej robocie i tworzy naprawdę udane produkty, zwłaszcza te hybrydowe.


