Mercedes GLE Coupé 450d wyleczył mnie z elektryków. Gorzej, że kosztuje tyle co ponad 80 tys. litrów oleju napędowego
Niewiele jest na rynku takich aut, więc tym bardziej je podziwiajmy. Widoczny na zdjęciu Mercedes GLE Coupe 450d to samochód, który jest w stanie zaspokoić praktycznie każdą motoryzacyjną potrzebę. Oczywiście jest jeden problem – ten samochód jest drogi nawet na tle niemieckiej konkurencji. I to tej premium, nie chodzi mi o Volkswagena.
Mój statement z tytułu nie jest bynajmniej tylko tanim chwytem erystycznym uszytym na potrzeby tego testu.W redakcji autoGALERII jestem znany z mojej chęci posiadania elektryka. To znaczy nie elektryka, tylko Tesli Model Y. Naczelny się podśmiewa, ale ja tak naprawdę. Raz, że ten samochód mi się podoba, dwa, że jest świetnie wyceniony, trzy, że jest bardzo wydajny i cztery, że właściwie spełnia moje potrzeby. A teraz nagle na imprezę wchodzi Mercedes GLE Coupé 450d.
Wyjazd w góry tym SUV-em od Mercedesa był odświeżającym doznaniem
Jak ktoś się nastawia na elektryka, to szybko zapomina, jak wygląda prawdziwa motoryzacja. A wygląda tak, że: rzeczonym GLE 450d wyjechałem z Warszawy pod Tatry.
Na miejscu kręciłem się przez cztery dni – między różnymi szlakami, swoje tez odstałem w korkach w Zakopanem. Potem wyjechałem do Warszawy i musiałem zatankować dopiero na wysokości Kielc. Pierwszy raz i ostatni raz podczas tego testu.

Dobra, trochę się jednak nabijam, nie utraciłem jeszcze kontaktu z rzeczywistością i po prostu wiem, że taki GLE 450d z 85-litrowym bakiem jest trochę bardziej uniwersalnym autem czy to od amerykańskich wynalazków na prąd, czy chińskich. O europejskich już nawet nie wspominam. Nam lepiej wychodzi… no właśnie to. Diesle.
Mercedes GLE Coupé 450d jest jednak uniwersalnym autem nawet jak na standardy spalinowe. To samochód taki "sprzed lat". I to dosłownie, bo przecież mówimy o modelu z 2019 roku (prezentacja w 2018!), który co prawda jest po dużym liftingu, a w tym roku ma przejść drugi spory lifting, niemniej jednak – mówimy o konstrukcji, która pamięta czasy przed covidem! Za każdym razem mnie to rozwala, jak o tym pomyślę.
Bestia pod maską
Kiedy więc mówię, że to samochód sprzed lat, to mam na myśli choćby jednostkę napędową. Nikt tu się nie bawił w żaden downsizing. Trzylitrowy, rzędowy diesel cechuje się nie tylko znakomitymi osiągami, ale wręcz wzorową kulturą pracy. Ciężko w ogóle zauważyć, że to ropniak. Jednostka pracuje po prostu aksamitnie i nie był jej straszny nawet górski, poranny start „na zimnym”.

Chociaż to akurat zasługa nowoczesnego "gadżeciku" spod maski. Bo chociaż to diesel, to znajdziecie tu pod maską układ miękkiej hybrydy o mocy 20 KM. Ta wspomaga motor spalinowy właśnie głównie przy starcie, który jest dosłownie bezszelestny. Potem ta pomoc jest właściwie zbędna, bo rzędowa szóstka generuje SIEDEMSET PIĘĆDZIESIĄT NIUTONOMETRÓW. Do tego 367 koni mechanicznych i przyspieszenie do 100 km/h w 5,6 sekundy.
Wolno? Mówimy o aucie, które waży dwie i pół tony (!). A wcale nie jest jakieś gigantyczne, bo przecież dalej w gamie jest choćby GLS. I a propos jeszcze wyleczenia z elektromobilności – silnik ma dostępne te 750 niutonometrów od 1300 obrotów na minutę. Czyli praktycznie zawsze, jak elektryk. W tym wszystkim możliwość ciągnięcia przyczepy o masie do 3,5 tony nie jest naturalnie żadnym zaskoczeniem.
Spalanie tez jest niczego sobie. A właściwie – więcej niż przyzwoite. Na ekspresówce przy pokojowej jeździe na tempomacie wystarczy osiem litrów. Na autostradzie trzeba założyć jeden litr więcej. Gorzej jest w mieście – tam uważam, że poniżej jedenastu litrów przy normalnej jeździe nie da się zejść. Chociaż wątpię, że kogoś, kto ma pieniądze na ten samochód, takie wartości przestraszą. Ale o tym zaraz.
Komfort, komfort, komfort i… jednak czas na lifting wnętrza
Ale już zostawmy ten silnik. Jak jest w środku? W największym skrócie – obrzydliwie komfortowo.
Dla Mercedesa model GLE to taki flagowy okręt. Samochód, który ma ciągnąć sprzedaż. Dlatego wszystko jest tu na bogato. W teście siadania za samym sobą mam na kanapie jeszcze mnóstwo miejsca. Do tego opadająca linia dachu w ogóle mi nie przeszkadzała – mimo 183 cm wzrostu czułem się z tyłu bardzo komfortowo.
Generalnie połyka się tu kilometry bez najmniejszego kłopotu. A najlepiej setki kilometrów. Masaż w fotelach, praca pneumatycznego zawieszenia, wyciszenie kabiny… naprawdę tym autem można zajechać zdecydowanie dalej niż w Tatry.
Choć nie jest tak, że w środku wszystko mi się podobało. Po pierwsze – trzeszczące plastiki. Barokowe wnętrza producenta ze Stuttgartu znane są z tego, że są równie efektowne, co pełne trzeszczących tworzyw sztucznych. I nie inaczej jest tutaj, choć oczywiście materiałów dobrej jakości we wnętrzu nie brakuje. Ale przykładowo cały panel klimatyzacji okropnie ugina się pod naciskiem dłoni.

Dalej – obsługa systemu multimedialnego. Jak już wspominałem, GLE ma już swoje lata, więc na tle nowszych modeli niemieckiego producenta z wszelkiej maści hyperscreenami można wręcz stwierdzić, że wygląda to ubogo. Ale akurat dla mnie to zaleta i jestem przekonany, że brak ekranów o powierzchni bagażnika (w tym aucie to aż 630 litrów!) jest zaletą także dla wielu innych kierowców.
Tylko że użytkowanie tego systemu jest po prostu w każdy sposób trudne. Raz, że system jest skomplikowany, jak to w Mercedesach, bo akurat to się od lat nie zmienia.
Dwa, że tutaj dalej na tunelu środkowym znajdziecie osobliwy gładzik do poruszania się po tym menu. Rozwiązanie, które chyba najbardziej zdradza wiek tego auta, bo przecież Niemcy zaczęli stosować je jakoś zaraz po wynalezieniu koła. Nie da się tym wygodnie „klikać” po ekranie. Apple CarPlay i Android Auto może i są bezprzewodowe po liftingu, ale obsługa tego tym gładzikiem... brrr.
To może palcem? Też średnio. Wnętrze jest naprawdę duże, a ekran multimedialny schowany głęboko w kokpicie. Jest po prostu do niego daleko. Pozostaje jeszcze wirtualny kokpit. Ten z kolei obsługujemy dotykowymi „gładzikami”, które znajdują się na kierownicy. Też koszmarnie niewygodne rozwiązanie, ale Niemcy na szczęście się z tego wycofują.
Mercedes GLE Coupé 450d jest po prostu drogi
I jak tak sobie narzekam, to powoli dochodzimy jednak do mimo wszystko jedynego prawdziwego problemu w tym samochodzie, bo z resztą moich uwag da się spokojnie żyć, a przyjemność jazdy tym autem wszystko wynagradza.
W każdym razie owszem, GLE Coupé 450d jest naprawdę uniwersalny, komfortowy i szybki. Ciągnie ciężką przyczepę, do tego ma nawet tryb offroadowy, chociaż to raczej gadżet.
Tylko jest drogi. Ale tak naprawdę drogi. Model ze zdjęć to koszt co najmniej 526 600 zł. BMW X6 z takim samym dieslem jest tańsze o pięćdziesiąt (!) tysięcy złotych. A do tego da więcej wrażeń z jazdy (ale mniej komfortu). Co ciekawe, wersja czterocylindrowa nie jest dużo tańsza. Na szczęście dla księgowych Mercedesa model od Bawarczyków również ma swoje lata, bo też jest z 2019 roku.
I może teraz dostrzegam w tym wszystkim sens. Dla Mercedesa GLE to kura znosząca złote jajka. Samochód dobrze znany, konstrukcja, która realnie przynosi pieniądze. A opracowanie nowej w tych czasach dryfujących w stronę elektromobilności to zawsze ryzyko. Dlatego zapowiedziany na 2026 rok drugi duży lifting tego modelu to strzał w dziesiątkę. Bo przecież to dalej świetnie jeżdżące, niebywale komfortowe auto.
Tylko cena pewnie znowu pójdzie w górę.


