W tym samochodzie zebralibyście zdjęcia z fotoradardów... na szutrach. Sprawdziłem co potrafi RAM 1500 RHO
Jeśli znacie "europejskiego" Forda Rangera Raptora, do dodajcie do niego po pół metra na szerokość i dwa metry na długość, a do tego dorzućcie blisko 300 dodatkowych koni mechanicznych pod maskę. RAM 1500 RHO zbierałby zdjęcia z fotoradarów ustawionych na szutrowych drogach. Na szczęście tam takowych nie ma.
Gdy Patrycja z salonu Edmark przekazała mi do niego kluczyki, zacząłem wątpić w mój starannie przygotowany plan dnia. Zakładał on spotkanie w samym centrum Warszawy, gdzie miałem udać się właśnie tym samochodem. Ponad 2,2 metra szerokości, sześć metrów długości i 2,1 metra wysokości sugerowało, delikatnie mówiąc, problem z parkowaniem. Starałem się więc nie przejmować tą kwestią, gdyż kilka chwil po "nieprzekładalnym" spotkaniu miałem wyjechać za miasto, aby sprawdzić ten samochód w akcji, w jego naturalnym habitacie. RAM 1500 RHO, czyli już "historyczny" następca TRX-a, najlepiej czuje się właśnie poza asfaltem.
Kliknij tutaj, aby zobaczyć wideotest RAM-a 1500 RHO - YouTube
Piszę "historyczny", gdyż w międzyczasie grupa Stellantis odkręciła najgorszą decyzję Carlosa Tavaresa i wrzuciła pod maskę RAM-a całą gamę silników V8 HEMI. Finalnie ta jednostka w ponad sześciolitrowym wydaniu znowu zawitała pod maskę wielkiego terenowego pickupa, rzucając cień na wariant, który trafił w moje ręce.
Pod nazwą RHO krył się bowiem dokładnie ten sam samochód, aczkolwiek z rzędową szóstką pod maską. Mowa o jednostce 3.0 Hurricane High Output, generującej 540 KM. To i tak sporo, ale oczywiście mniej niż ponad 700 KM w doładowanej mechanicznie V8-ce.

RAM 1500 RHO "zbija piątki" z kierowcami autobusów. Jazda po Warszawie była przekleństwem
Szczerze mówiąc podziwiam ludzi, którym chce się jeździć RAM-ami 1500 po mieście. Ani to przyjemne, ani wygodne. Popełniłem jeszcze jeden głupi błąd i zawędrowałem na Stare Bielany, gdzie musiałem zaparkować w wąskiej uliczce pomiędzy domami. Wyjeżdżanie z jednej uliczki, zastawionej z każdej strony samochodami, wymagało chirurgicznej precyzji i jazdy na zapałki. Przy okazji stałem się też świetnym widowiskiem dla przechodniów.
Ekspresowo skierowałem się więc poza miasto, w miejsce, w którym znam świetne szutrówki, wręcz stworzone dla tego samochodu. To nie jest auto, które zachęca do długich podróży po asfalcie, choć na "ekspresówce" nie rozczarowuje. W takich warunkach przypomina tankowiec, który sunie w obranym kierunku, odcinając nas od otoczenia.
Koła nieco szumią, silnik żywi się wysokooktanową benzyną, ale my pozostajemy w wielkim i wygodnym fotelu, słuchając ulubionej muzyki i... relaksując się.

Ale nie o to tutaj chodziło. Kilka kilometrów za zjazdem z trasy S7 wcisnąłem się na wąskie drogi pomiędzy wsiami, które finalnie zamieniły się w szutry. W lusterku zniknęły ostatnie zabudowania, więc przełączyłem samochód w tryb BAJA i zapuściłem się na pustą przestrzeń, która była moim wielkim placem zabaw.
I to jest żywioł tego samochodu. Wyobraźcie sobie rajdówkę z paką, która waży blisko trzy tony
Wrażenia z jazdy są wręcz niewiarygodne. Suniecie kolosem, ważącym dokładnie 2880 kilogramów i pomiędzy kolejnymi łukami przekładacie go tylko z poślizgu w poślizg. W trybie BAJA na tylne koła trafia do 75% momentu obrotowego, a elektronika interweniuje wyłącznie w ostatniej chwili.
Kluczowe przy tej zabawie jest zawieszenie. Tu zastosowano zaawansowaną konstrukcję Bilstein Black Hawk e2, która ma bardzo dużo wspólnego z rajdowymi samochodami. Opiszę to w dużym uproszczeniu.
Jak pewnie kojarzycie, auta rajdowe nie odbijają się po uderzeniu w ziemię po skoku na hopce. Jest to efekt zastosowania specjalnego dwukomorowego amortyzatora, kompensującego wybicie. Auto pozostaje więc przyklejone do asfaltu i zapewnia maksimum przyczepności.

Dokładnie to dzieje się w tym samochodzie. Nawet gdy oderwiecie nadwozie od ziemi, to lądowanie nie będzie twarde. Paradoksalnie wersja RHO lata dużo chętniej, gdyż nad przednią osią ma nieco lżejszy silnik. Dzięki temu nie ciągnie jej tak szybko do ziemi przodem, a to daje kierowcy większą kontrolę nad samochodem.
Przyznam Wam też, że brzmienie sześciocylindrowej jednostki jest zaskakująco dobre
Wiadomo, V8 ze sprężarką mechaniczną nie dorówna, ale nie mogę powiedzieć, że czegoś mu faktycznie brakuje. Jest chrapliwie, jest przyjemnie. Z wiekiem chyba zaczynam doceniać też samochody, które są dużo bardziej kulturalne pod kątem brzmienia i nie rozsadzają bębenków po 20 minutach jazdy.
No dobrze, ale co RAM 1500 RHO potrafi poza szybką jazdą po szutrach?
Zasadniczo... wiele. W Polsce ograniczają go jedynie przepisy, gdyż zarówno uciąg, jak i ładowność, są tutaj bardzo duże. Nie będę wchodzić w szczegóły, takie jak wymiary paki. Jej gabaryty są ogromne i można tutaj wpakować nawet dwie duże europalety. Lub quada, wedle uznania.
Wnętrze z kolei jest bliższe SUV-om, tym największym. Ilość miejsca w kabinie poraża. To trochę tak, jakbyście nagle wsiedli do domowego salonu, tylko na kołach. Jak już wdrapiecie się po wielkim progu, to wylądujecie w ogromnym fotelu. Deska rozdzielcza jest równie masywna i wielka, jak sam samochód. Gigantyczny ekran multimediów wypełnia całą jej środkową część, a dodatkowy wyświetlacz ulokowano też po stronie pasażera.
Znajdziecie tutaj także schowki, w których idzie schować całego człowieka, a także uchwyty na kubki, które pomieszczą 35-litrowy dyspenser Coca-Coli. Z kolei na tylnej kanapie można spokojnie wpakować trzy osoby w taki sposób, że będą musiały komunikować się telefonicznie.

To oczywiście żart, ale różnica w przestrzeni w amerykańskim pickupie względem konstrukcji znanych z Europy jest wręcz porażająca. To tylko pokazuje jak zupełnie inny jest rynek za oceanem i jak bardzo nieadekwatne pod kątem gabarytów są ich największe samochody.
700 000 złotych wyjściowo, ale za 600 000 złotych też już wyrwiecie taki samochód
Ten samochód trafił w moje ręce za sprawą firmy EDMARK, która jest oficjalnym dystrybutorem RAM-a w Polsce. Tak, możecie kupić taki samochód z gwarancją, jako fabrycznie nowy pojazd. Wszystko to za sprawą importera KW Auto, który przy współpracy ze Stellantisem ściąga takie auta do Europy.

Przechodzą one odpowiednie modyfikacje (oprogramowania, oświetlenia i zmiany wymagane przez homologację), a następnie trafiają do klientów. Nie jest to więc tania zabawa, ale na pewno taka oferta może być interesująca dla bardzo specyficznego grona klientów.
Zresztą mam informacje z pierwszej ręki o tym, że chętnych na RAM-y w Polsce jest wielu. Kilka takich samochodów rocznie wyjeżdża z małego salonu na warszawskiej Pradze, a kolejni chętni pojawiają się regularnie w drzwiach salonu.


