Po kilku tysiącach kilometrów Volkswagen Calfiornią już wiem: najdroższa wersja jest najmniej praktyczna. Powód jest prosty
Najeździłem się nowym Volkswagenem Californią, proszę państwa. Po kilku tysiącach kilometrów wyrobiłem sobie dość solidne zdanie na temat tego auta. Podtrzymuję swoją opinię, że to najlepszy kampervan do szybkiego skakania po różnych punktach w podróży. Jednocześnie – udawanie, że to kamper, w którym można sobie coś ugotować, chyba po prostu nie ma sensu.
Na sam początek mały disclaimer – to de facto nie będzie typowy naszego bohatera, jakim jest Volkswagen California . Ten napisałem dokładnie rok temu i można go sobie przeczytać tutaj. I trudno mi tutaj wnieść coś nowego w takim typowym, testowym sensie, zwłaszcza że przez kłopoty logistyczne polskiego importera Volkswagena do redakcji trafiła po raz drugi wersja benzynowa, a miał być diesel. Innymi słowy – ten samochód od zeszłorocznego różni się tylko kolorem.
Volkswagen California: dlaczego uważam, że lepsze są tańsze wersje?
Ponieważ trudno mi napisać od nowa drugi raz test dokładnie takiego samego auta, chciałem zwrócić uwagę na kilka swoich przemyśleń.
W zasadzie to przekonanie kiełkowało w mojej głowie już przed rokiem, kiedy nową Californią jeździłem po raz pierwszy. Teraz, po kolejnym porządnym teście i przez dwa lata w sumie kilku tysiącach kilometrów za kółkiem tego kampervana jestem już pewien: Volkswagen California w wersji Ocean, taki jak na zdjęciach, nie ma większego sensu.
Albo inaczej: to diabelnie dobry kampervan, ale wszystkie (no, niemal wszystkie, o czym zaraz) jego zalety są widoczne również w wersjach tańszych. Natomiast wersja Ocean na mój gust nie daje żadnej istotnej przewagi jej posiadaczowi.

Otóż to kampervan, którym się świetnie połyka kolejne kilometry, zdobywa alpejskie przełęcze i jest po prostu stworzony do przemieszczania się, ale... na kempingu jesteś w nim już trochę bezradny.
Prawda jest taka, że zabudowa kuchenna – która jest wyróżnikiem droższych wersji Volkswagena California – jest tu nad wyraz skromna. Problem pojawił się w tej generacji wraz z dodaniem drugich otwieranych drzwi przesuwnych. W poprzedniej generacji drzwi były jedne, więc było miejsce na solidną kuchnię.
W każdym razie dla przypomnienia: palnik gazowy jest jeden i malutki. Do tego jest obok malutkiego zlewu, z którego praktycznie nie da się korzystać. Raz, że zbiornik wody jest niewielki. Dwa, że zlew jest na tyle mały, że nie idzie tam nic umyć. Trzy, że jak się odważysz, to na bank zachlapiesz palnik. A ten wtedy nie działa i możesz iść na pizzę z mikrofali do pobliskiego baru. Koło się zamyka.
Do tego w bagażniku w środku jest ciągle bałagan, ponieważ – mimo tej zabudowy! – są tu dosłownie dwie, trzy (zależy jak liczyć) małe szafeczki, w których musisz zmieścić i suche jedzenie, i ubrania, i swoje kosmetyki, i czego tylko potrzebujesz na kempingu.

Long story short: to po prostu nie działa. Przez tydzień w tym kampervanie palnika gazowego użyłem raz. Żeby zjeść ciepły posiłek na autostradzie, w trasie. W sensie na parkingu. A tak? Podpinałem do prądu oddzielną płytę grzewczą i gotowałem na zewnątrz, na stoliku. W środku się po prostu nie da. A naczynia wszystkie myłem w sanitariatach. Za każdym razem.
Dlatego lepsza jest tańsza wersja. Ma kuchenkę... wyjeżdżającą z bagażnika
A myślę o wersji Beach Camper. Ta jest tańsza o niebagatelne 50 tys. zł i ma wyjeżdżającą z bagażnika kuchenkę gazową. To po prostu wygodniejsze, zwłaszcza że klapa bagażnika podnosi się dalej do góry i stanowi dobrą osłonę przed ewentualnym deszczem. Dalej, w sensie w innych sytuacjach to niezbyt wygodne, gdyż klapa jest duża i ciężka. Podwójne drzwi na boki byłyby lepsze, ale takich nie ma Multivan.
Nie ma w niej dostępu do wody, ale to po prostu niepraktyczna ściema. Nie ma w niej też lodówki, ale... to się da obejść. Są na rynku lodówki turystyczne przystosowane do kampervanów. Ba – Volkswagen taką oferuje, która pasuje do szyn w bagażniku.
Tymczasem dzięki uwolnionej przestrzeni w Californii Beach Camper możesz wziąć do środka dodatkową, piątą osobę. A gdzie trzymać ciuchy itd? Cóż, najlepiej w miękkich torbach i jakichś organizerach. Zapewniam, że zabudowa w Californii Ocean również nie pozwala na utrzymanie w niej porządku. Więc to żadna różnica. A za zaoszczędzone 50 kafli na pewno da się kupić jakieś fajne organizery. I jeszcze zostanie na jakiegoś lekko używanego Leapmotora T03.

Zasilanie też nie jest problemem. Ponieważ California w wersji Ocean nieszczególnie nadaje się do biwakowania na dziko (potrzebujesz sanitariatu), w praktyce i tak podpinasz auto do prądu. Ale w awaryjnych sytuacjach już wersja Beach Camper ma dodatkowy dodatkowy akumulator LiFePo 40Ah. Droższe wersje mają takie dwa, ale wracamy do punktu z sanitariatami.
Po prostu kupując tańszą wersję nie oszukujesz się. Bierzesz Californię, która daje swoje wszystkie zalety, a nie ma żadnej ściemy. No, może poza elektrycznie składanym dachem. To akurat rzecz istotna – składanie namiotu dachowego ręcznie w Fordzie Custom Nugget wspominam bardzo źle.
Nie znaczy to jednak, że nie da się Volkswagena California w wersji Ocean zamienić w wygodnego, stacjonarnego kampera
Tylko trzeba będzie dołożyć jeszcze kilka gadżetów. Bo muszą państwo wiedzieć, że Volkswagen California na zachodzie jest niezwykle popularny. Przez te dwa lata widziałem jednego Mercedesa Marco Polo, zresztą we Włoszech na polskich blachach, dwa Fordy Custom Nuggety i po prostu niezliczona ilość małych Volkswagenów California. Bo tych dużych też za bardzo nie widać.
W każdym razie skoro jest ich dużo, rozwinięty jest również rynek akcesoriów. Nie stanowi żadnej trudności dokupienie namiotu dopasowanego do Californii, który będzie przedsionkiem / przedłużeniem twojego kampervana. Napatrzyłem się na to w tym roku, wygląda to mniej więcej tak, na przykładzie poprzedniej generacji:
Volkswagen California poprzedniej generacji z dodatkowym namiotem.
Problem? To już wtedy nie jest mobilna California, bo rozkładać tego codziennie na innym kempingu sobie nie wyobrażam. To może wtedy już lepiej jednak kupić większego kampera? Zwłaszcza, że California tania nie jest. W tej cenie da się kupić większe auta o podobnej charakterystyce. Może jeszcze państwo się nie zorientowali, ale ten cały caravaning to straszny ból głowy. Albo jedziesz szybko, ale ci niewygodnie, albo jedziesz wolno, ale ci wygodnie. Ale ja ten ból głowy lubię.
Tańszy Volkswagen California ma jeszcze jedną zaletę
Jest po prostu pięciomiejscowym vanem. Nie ma w niej zbiornika z wodą, która przeszkadza w jeździe (choć jej nie uniemożliwia, co jest wielką zaletą tego kampervana na tle konkurencji). Może więc służyć jako normalne, rodzinne auto, które w sezonie daje dodatkowe możliwości.
Uniwersalna dla każdej wersji Volkswagena California będzie również kwestia ubezpieczenia. To z grubsza normalny Multivan.
I tutaj zasadniczo kryje się chyba największa przewaga tego auta. Bo kupno prawdziwego kampera ma sens chyba tylko wtedy, kiedy w ciągu roku spędzasz w nim kwartał. W innym przypadku lepiej po prostu wynająć takie auto.
A tutaj tego problemu nie ma. Jest za to świetny do zwiedzania świata kampervan. Tutaj zdania nie zmieniam.


