To samochód, który dostaliśmy dzięki regulatorom. Mazda 6e ma sens, ale tylko w... tańszej wersji
Dożyliśmy czasów, w których nawet Japończycy musieli sięgnąć po pomoc Chińczyków. Mazda 6e to odpowiedź na wymagania regulatorów, ale jednocześnie wypełniająca lukę na rynku i w ofercie tej marki. Ciekawostką jest jednak to, że tutaj jedynie bazowa wersja ma jakikolwiek sens.
Nie jest tajemnicą, że Mazda 6e to nic innego jak produkt chińskiego Changana, ubrany w nieco ładniejsze nadwozie i wysłany do Europy. Dlaczego Japończycy zdecydowali się na taki ruch? Odpowiedź jest banalnie prosta: bo tego wymagają od nich regulatorzy. Średnia emisja CO2 dla całej gamy modelowej musi utrzymać się na założonym poziomie, aby nie płacić wysokich kar.

Tymczasem Mazda w swoim portfolio ma hybrydę plug-in w modelach CX-60 i CX-80, 3,3-litrowego diesla z sześcioma cylindrami, a także 2,5-litrową benzynę Skyactiv-G. Całkowicie nowa rodzina jednostek spalinowych, Skyactiv-Z, na rynek trafi dopiero za rok. Wtedy też zobaczymy nowoczesną hybrydę, autorską konstrukcję tej marki.
Pamiętajcie, że nie jest to wielka marka. Mazda może i ma ogromne ambicje, ale jest to gigantyczny koncern z dużymi zasobami. Kluczowe jest więc to, aby dział rozwoju mógł skupiać się na najważniejszych projektach. Tutaj na piedestale jest właśnie hybryda, kluczowa na wielu światowych rynkach.
Jak więc poradzić sobie w momencie, w którym w ofercie musi pojawić się elektryk notujący większe zainteresowanie niż Mazda MX-30? Tu właśnie z pomocą przyszedł Changan. Mazda współpracuje z tym chińskim koncernem od dwóch dekad, więc wybór partnera był oczywisty. O jego słuszności można dyskutować, ale do tego wrócę nieco później.
Mazda 6e to Changan Deepal L07 w ładniejszym przebraniu
Trzeba przyznać, że styliści odrobili lekcje i skutecznie zamaskowali chińską konstrukcję. Nadwozie wieloma elementami nawiązuje do innych modeli Mazdy, choć te podświetlany grill jest już przejawem maksymalizmu, raczej obcego japońskiemu producentowi.
Nie mogę napisać, że jest to brzydki samochód. Wygląda dobrze, ma ładne proporcje i przede wszystkim jest klasycznym liftbackiem. Tu więc zyskuje przewagę, gdyż wpasowuje się w segment, gdzie nie ma zbyt wielu konkurentów.
Jak na elektryka przystało, mamy tutaj dwa bagażniki (z przodu i z tyłu). Ten drugi może i nie jest wielki (oficjalnie ma 330 litrów), ale szczerze mówiąc zdaje się być zdecydowanie większy. Zapakowałem się tutaj bez większego problemu na dłuższy wyjazd i nie narzekał na brak przestrzeni.

Wnętrze także skutecznie stara się być Mazdą – a przynajmniej takie wrażenie robi przy pierwszym kontakcie. Jednak "im dalej w las", tym więcej chińskich elementów wpadnie Wam w oko.
Zacznę więc od tego, co jest dobre. Wykończenie wygląda naprawdę dobrze, a kolorystyka jest idealna. Mamy też wygodne fotele przednie i dobrą pozycję za kierownicą. Zegary dostały font Mazdy, niemniej logika działania jest tutaj już stricte chińska.
Z Changana przeszczepiono też multimedia, jedynie dodając im nieco inną szatę graficzną. Jeśli obejrzeliście mój film o tym samochodzie, to pewnie zauważyliście kwestię narzekania na reakcję wyświetlacza na dotyk. Jak się okazuje jest to wada tego konkretnego egzemplarza. Zgłosiłem ten problem Maździe, na co zareagowała natychmiastowo. Miałem okazję sprawdzić inną sztukę 6e i tam nie ma takich problemów.

To pokazuje potencjalnie jedną słabą stronę współpracy z Changanem: kontrola jakości może być niestety nieco gorsza, niż przy własnej produkcji. Pozostaje liczyć na to, że z czasem procesy będą bardziej dopracowane.
Tłumaczenie na język polski nie jest wybitne, a obsługa wybranych elementów pozostaje nieco pokrętna. Na szczęście mamy tutaj Apple CarPlay i Android Auto, co pozwala zapomnieć o fabrycznym oprogramowaniu. Nie musicie też martwić się o kwestię użytkowania zewnętrznej nawigacji. Ta fabryczna i tak nie planuje podróży z uwzględnieniem ładowarek na trasie.
Na tylnej kanapie jest wygodnie, ale przestrzeni nie ma zbyt wiele
Przede wszystkim niska linia dachu i wyżej ulokowana podłoga sprawiają, że nogi pasażerów są mocno podniesione. Pod kątem komfortu podróżowania w większej grupie lepiej sprawdzi się nadchodząca Mazda CX-6e, czyli SUV, także na bazie Changana (Deepal S07).
W tytule wspomniałem, że Mazda 6e ma sens tylko w "tańszej" wersji. Chodzi oczywiście o wariant z mniejszym akumulatorem
Do wyboru są tutaj dwa rodzaje napędu elektrycznego: z akumulatorem 66,8 kWh (Standard Range) i 80 kWh (Long Range). Różnica jest więc dość duża, ale w praktyce nie widzę żadnego uzasadnienia dla wariantu Long Range.
Dlaczego? Wszystko za sprawą zróżnicowania w konstrukcji akumulatora. Akumulator o pojemności 66,8 kWh to konstrukcja litowo-żelazowo-fosforanowa, z mocą ładowania sięgającą 165 kW w szczycie. Z kolei w wersji Long Range mamy akumulator niklowo-manganowo-kobaltowy, z mocą ładowania sięgającą w szczycie... 95 kW.

Tak, to nie jest żart. Większy akumulator ładuje się dużo wolniej. Pech chciał, że mój test przypadł na największe mrozy (temperatury sięgały nawet -20 stopni Celsjusza), więc Mazda od razu przeszła chrzest bojowy. I niestety właśnie ta moc ładowania zawiodła.
W trasie oznacza to nieco większy zasięg (o około 40-60 kilometrów), ale za to przekłada się na dłuższy o godzinę postój na ładowarce. 6e nie posiada też funkcji dogrzewania akumulatora, więc niestety sporo czasu tracimy na to, aby bateria "złapała" temperaturę i zaczęła ładować z sensowną mocą.
Oczywiście przy tak niskich temperaturach nawet pompa ciepła nie jest w stanie czynić cudów
Do akcji musi wkroczyć grzałka, ale robi to w zaskakująco efektywny sposób. Przy jeździe po mieście udało mi się utrzymać zużycie energii w przedziale 17-19 kWh, co uznaję za bardzo dobrą wartość. W trasie, przy prędkościach rzędu 120-140 km/h, zużycie zamykało się w przedziale 22,5-24 kWh.
Teoretycznie więc w tych zimowych warunkach pozwala to na pokonanie około 300 kilometrów w trasie. Przygotujcie się jednak na to, aby potem spędzić upojną godzinę przy ładowarce, żałując, że nie wybrało się wersji Standard Range.
Swoją drogą, tu muszę zaznaczyć też jedną rzecz: Mazda 6e miewa problemy w komunikacji z wybranymi ładowarkami IONITY. Ten problem także zgłosiłem producentowi i dowiedziałem się, że faktycznie odnotowano go w kilku krajach. Ponoć najbliższa aktualizacja oprogramowania przyniesie stosowne zmiany.
A skoro o tym mowa, to warto dodać, że Mazda 6e powstaje w Chinach, ale Waszych danych do Chin nie wyśle
Japoński producent korzysta z przebudowanej aplikacji Changana, którą dopasowano do wymagań Mazdy. Serwery znajdują się w Europie, a dane są przechowywane zgodnie z unijnymi regulacjami.
Właściwości jezdne tego samochodu nie zawodzą, ale widzę jeszcze pole do poprawy
Kilka lat temu miałem okazję wziąć udział w testach Mazdy MX-30 w prototypowym wydaniu. Wówczas ten samochód krył się jeszcze pod nadwoziem CX-30, ale oferował już wszystkie funkcje nadchodzącej produkcyjnej wersji.
Pamiętam, że inżynierowie marki bardzo chwalili się tym, w jaki sposób zestroili napęd i układ hamulcowy, zapewniając odczucia z jazdy zbliżone do spalinowych modeli marki. Działało to doskonale i faktycznie sprawiało, że jazda MX-30 była po prostu przyjemna.
Tutaj tego zdecydowanie brakuje. Zawieszenie nie jest złe, ale np. sposób w jaki pracuje układ hamulcowy wymaga większego wyrafinowania. Nie przypadł mi do gustu także system rekuperacji energii (jest mało wydajny), a sam układ kierowniczy zdaje się być dość "przezroczysty". Filozofii jinba ittai, czyli jedności jeźdźca z koniem, zdecydowanie tutaj zabrakło.

Mazda 6e kosztuje 198 200 złotych w najtańszym wydaniu
Realnie rzecz biorąc jedynym jej "konkurentem" jest więc Tesla Model 3, o ile pod uwagę przede wszystkim bierzemy budżet. Samochód amerykańskiej marki ładuje się sprawniej, jest zabójczo wydajny i bardzo dopracowany pod kątem elektroniki. Jego ascetyczny charakter odpycha jednak część osób, a tutaj Mazda ma dużą przewagę.
Jak się okazuje zainteresowania tym modelem nie brakuje. Japończycy podkreślają, że większość klientów to osoby, które były "wczesnymi" użytkownikami samochodów elektrycznych. Wymieniając więc Nissany Leafy i Volkswageny E-Golfy na chińsko-japoński pojazd.
Realnie rzecz biorąc większe zamieszanie na rynku może wywołać wspomniany już SUV, CX-6e. Tutaj jednak potencjalnie odpychającym elementem będzie wielki, 26-calowy ekran w kabinie, a także standardowe cyfrowe lusterka we flagowej wersji. To elementy, które nie są typowe dla Mazdy.
Wróćmy na chwilę do wątku, który poruszyłem na wstępie. Mazda musiała skorzystać z pomocy Changana, gdyż... jej elektryk póki co odsuwa się w czasie
Mała marka, mniejsze możliwości, duże oczekiwania. Japoński producent uznał, że tak naprawdę tylko w Europie potrzebuje w tej chwili elektrycznych samochodów w ofercie. Chińskie wsparcie w zupełności wystarczy, a w przyszłym roku z odsieczą przyjdzie nowa hybryda.
Autorski elektryk Mazdy miał wyjechać na drogi w 2028 roku. To całkowicie nowa konstrukcja, na opracowanej od podstaw platformie. Niemniej na tę chwilę moce przerobowe przesunięto na dalszy rozwój napędu hybrydowego. Tym samym nowy samochód elektryczny pojawi się nie wcześniej niż w 2030 roku.
Mazda 6e Long Range - moja opinia
Nie jest to zły samochód, ale wersja Long Range nie ma żadnego uzasadnienia. Szczerze mówiąc, dla uproszczenia gamy, wycofałbym ją w ogóle z rynku. Wariant z mniejszym akumulatorem zdaje się być sensownym wyborem dla osób, które nie chcą jeździć "sztampowym" elektrykiem.
Teraz tylko w gestii Changana pozostaje dopracowywanie tej konstrukcji. Szkoda, że chiński koncern nie ma bardziej zaawansowanej architektury. Gdyby tak 6e bazowała na platformie z instalacją 800V, oferując ekspresowe ładowanie, a także gdyby miała bardziej dopracowane multimedia, to mogłaby namieszać na rynku. Cena i rodzaj nadwozia (wreszcie nie mamy do czynienia z kolejnym SUV-em) jest tutaj bez wątpienia jednym z atutów.


