Jak trwoga, to do Chin. Oto dlaczego tak wiele firm sięga po pomoc koncernów z Państwa Środka
Europejskie (i nie tylko) marki coraz częściej sięgają po pomoc chińskich koncernów. Niekiedy ogranicza się ona do wymiany technologii, inni przenoszą zaś całe modele, wprowadzając je pod swoją marką na Starym Kontynencie. Z czego to wynika i czy mówimy tutaj o kierunku, który stanie się nowym standardem na rynku?
W 2020 roku nikt zapewne nie spodziewał się, że pięć lat później chińskie marki będą rosnącą siłą w Europie. I nie mówimy tutaj o procentowym udziale w rynku. W wielu krajach udział firm z Państwa Środka w sprzedaży nowych samochodów ma już dwucyfrowe wartości. Wraz z tą ekspansją samochodów z Chin pojawił się też dość ciekawy, ale i kontrowersyjny nurt wprowadzania samochodów z tego kraju pod znajomo brzmiącymi markami. Niektórzy idą też inną ścieżką i decydują na sprzedaż chińskich aut pod swoimi skrzydłami (Stellantis).
Nie chodzi tutaj o działania wybranych importerów, którzy kupują prawa do niefunkcjonujących już marek i oferują pod nimi pojazdy z Chin. Niektórzy idą o krok dalej i zaczynają sprzedawać chińskie konstrukcje, zmieniając ich logotyp i modyfikując wygląd nadwozia.
Wbrew pozorom nie jest to chęć poprawy wyników, ani też działanie, które ma przynieść większe przychody. Wszystko rozbija się tutaj o... wymagania stawiane przez regulatorów.
Szybciej, taniej, skuteczniej. Chińskie koncerny stają się niekiedy jedyną deską ratunku. Często jest to rozwiązanie "z potrzeby", a nie z "chęci"
Przykładów mamy tutaj wiele, w różnej formie. Warto tutaj zacząć od marki Leapmotor, która w Europie zadebiutowała za sprawą koncernu Stellantis. Wydawać by się mogło, że oferowanie chińskich samochodów elektrycznych i hybrydowych, tańszych od wielu autorskich konstrukcji Stellantisu, jest co najmniej strzałem w stopę.

Stawiając te chińskie pojazdy obok europejskich konstrukcji od razu widać dwie rzeczy. Te, które przyjechały z Państwa Środka, są tańsze i często znacznie wydajniejsze. Akurat Stellantis w kwestii elektryków nie ma zbyt wiele do pokazania i bazuje na rozwiązaniach, które pozostawiają wiele do życzenia.
Leapmotor szybko rozgościł się w "multibrandowych" salonach grupy i zyskał uznanie klientów. Wiele osób zaufało tej chińskiej marce, gdyż doceniają zaplecze, które oferuje Stellantis. A to nie koniec tego romansu, gdyż od pewnego czasu coraz częściej mówi się o zmianie podejścia we francusko-włosko-amerykańskim koncernie.
Już kilka miesięcy temu pojawiły się plotki o potencjalnym rebrandingu wybranych modeli Leapmotor, aby te trafiały do klientów z logo Opla. Te informacje powracają co jakiś czas i zdaje się być w nich odrobina prawdy. Jeśli tak będzie, to producent, który miał świetną (ale i trudną) historię, stanie się po prostu znaczkiem na przybyszu z dalekiego wschodu.
Honda także posiłkuje się chińskimi produktami, choć w nieco innej postaci
W salonach tej marki jest model e:NY1, który na pierwszy rzut oka wygląda niczym lekko przebudowany HR-V. W praktyce jest to jednak dość specyficzna konstrukcja, faktycznie bazująca na znanym crossoverze, ale produkowana w Chinach. Ten model opracowała spółka joint-venture z Dongfengiem.

Tu nie chodziło o bicie rekordów sprzedaży, a o spełnienie norm dotyczących emisji CO2 w grupie. Honda, póki co, nie ma żadnego innego sensownego elektrycznego produktu. W Europie są one niezbędne, więc sięgnięto po gotowe, ale i bardzo rozczarowujące rozwiązanie.
Zresztą Honda e, którą wcześniej sprzedawała ta marka, też można uznać za wtopę. Na drogi wyjechało raptem 15 000 takich samochodów. Pokonała je cena, niska wydajność i specyficzny charakter.
Mazda z kolei sięgnęła po pomoc do grupy Changan. Działa z nią w spółce joint-venture od dekad
Changan produkuje Mazdy na rynek chiński. Gdy więc pojawiła się konieczność wprowadzenia do sprzedaży elektryka w Europie, wydajniejszego niż specyficzna Mazda MX-30 (tutaj przede wszystkim problemem był skromny zasięg), Changan był odpowiedzią na taką potrzebę.
Punktem wyjścia jest Changan Deepal L07, który zyskał nowe nadwozie i wnętrze (w Chinach ten model występuje jako Mazda EZ-60). U nas w salonach występuje jako 6e i faktycznie jest dużym postępem względem MX-30. Mamy duże akumulatory (odpowiednio 66 kWh i 75 kWh netto), lepszy zasięg i około 250 KM mocy.

I choć Mazda dołożyła wielu starań, aby 6e nawiązywała do charakteru marki, to jednak jej chińskie pochodzenie widać tutaj na każdym kroku. Jest to po prostu inna konstrukcja, nawiązująca do japońskich samochodów głównie za sprawą wyglądu.
Warto tutaj też wspomnieć o ciekawym zagraniu Audi, czyli o "karcie zamiany". Stworzyli nową-starą markę dla Chin
Jak już wielokrotnie pisaliśmy, Audi stworzyło dla Chin AUDI. Nie ma czterech pierścieni ma masce, wyróżnia się innym designem, a konstrukcyjnie bazuje na architekturze grupy SAIC. Pozwoliło to obniżyć koszty produkcji i rozwoju modelu, tworząc jednocześnie produkt szyty pod klientów z Państwa Środka.
Tutaj jednak dalej mamy do czynienia z bardzo mocnym uzależnieniem od partnera, który oferuje technologię i fabryki. Zresztą taką drogą podąża też Volkswagen, który m.in. z Xpengiem będzie tworzyć osobne produkty dla Chin. Kto wie, czy kiedyś nie dotrą one do Europy.
Chińczycy są gotowi oferować swoje produkty za stosunkowo dobre pieniądze. Dla wielu firm, zwłaszcza mniejszych, jest to deska ratunku
Czasy, w których opracowanie samochodu mogło być stosunkowo "przystępne" finansowo, są już dawno za nami. Wymogi dotyczące bezpieczeństwa aktywnego i pasywnego, cyberbezpieczeństwa i przede wszystkim elektryfikacji, wywindowały koszty projektów w kosmos.
Mniejsze marki, które nie mają możliwości prowadzenia równolegle dwóch dużych i drogich projektów, muszą decydować się na kompromisy. Często więc łatwiej jest skorzystać z gotowego produktu z Chin, skupiając się np. na autorskiej hybrydzie (vide Mazda), niż próbować ciągnąć jednocześnie dwie sroki za ogon.
Jest to więc kroplówka na trudne czasy, dająca chwilę oddechu i możliwość przegrupowania sił celem opracowania nowych samochodów. Ciężko nie skorzystać z takiej okazji, nawet jak jest się "gigantem" pokroju koncernu Stellantis. Wszyscy wiemy jednak, że ten kolos stoi obecnie na glinianych nogach i próbuje wybrnąć z trudnej sytuacji finansowej. W maju Antonio Filosa, następca krytykowanego Carlosa Tavaresa, ma przedstawić szczegółowy plan działania.

Ta strategia ma jednak jeden duży minus: coraz mocniej uzależnia nas od Chin
Zdaję sobie sprawę z faktu, że większość elektroniki, z której korzystam, to produkty z Państwa Środka (nawet jeśli nie są to konkretnie produkty chińskich firm). Motoryzacja z Chin kusi niskimi cenami i dobrym wyposażeniem. Dla wielu osób jest to więc szansa na zakup wymarzonego pojazdu, znacznie lepszego niż to, co za podobne pieniądze dostaną w salonie europejskiej, japońskiej lub koreańskiej marki.
Wierzę, być może nieco naiwnie, że odrobina patriotyzmu europejskiego jest nam potrzebna. Patrząc jednak na to, w jakim kierunku zmierza cały rynek, nie tylko motoryzacyjny, można odnieść wrażenie, że już jesteśmy mocno trzymani przez chińskie ręce. Ale dokąd zabrniemy, gdy zaczną się zaciskać?